Miłość to najlepsze lekarstwo
Rozmowa z Krzysztofem Krawczykiem, wokalistą. Jubileusz 45-lecia pracy na estradzie skłania pana Krzysztofa do szczerych zwierzeń. Oto wywiad przeprowadzony 5 lipca 2008 dla Głosu Koszalińskiego.
- 45 lat pracy na scenie to piękny jubileusz.
- To przede wszystkim uczucie wdzięczności dla Wszechmocnego, że obdarzył mnie takim talentem. Ale i dla ludzi, publiczności przychodzącej na moje koncerty, bez której nie byłbym tym, kim dzisiaj jestem. Kiedy wychodzę na scenę i widzę pełną salę, a bilet kosztuje prawie 100 zł, mówię: "Witam Państwa jako moich serdecznych przyjaciół”. Na ich twarzach widzę poruszenie i zdziwienie. Ale trzeba być przyjacielem danego artysty, żeby tyle pieniędzy wydać na bilet. Wszyscy się śmieją i klaszczą, bo to jest poniekąd estradowa anegdota, ale kryje w sobie ogromną prawdę. Bo ludzie nie przyjdą na koncert i nie wydadzą takiej sumy tylko po to, żeby zobaczyć, czy Krawczyk schudł trochę, czy nie i czy w ogóle się jeszcze rusza.
- Nadal jest pan w świetnej formie.
- Dzięki ludziom czuję się zdrowszy. Przed koncertem zawsze gorzej się czuję niż po występie i to jest ciekawe, a jednocześnie wytłumaczalne medycznie. Już nie muszę brać żadnych narkotyków czy używek, ponieważ mój organizm produkuje serotoninę i adrenalinę w takich ilościach, że nie potrzebuję dodatkowych wspomagaczy. Kiedy stoję na scenie, czuję się człowiekiem szczęśliwym i spełnionym. Zawdzięczam to mojemu menedżerowi, Andrzejowi Kosmali, i mojej kochanej żonie Ewie.
- Niedługo będą państwo obchodzić srebrne gody
- Jesteśmy razem już 25 lat! Ewcia jest moim Aniołem Stróżem, który w trudnych czasach wyciągnął mnie z narkotykowego piekła. Nie wstydzę się tego. Wolę mówić szczerze i odważnie, niż wypierać się tego, że w Ameryce wcale nie było tak różowo. Największe niebezpieczeństwo zawisło nade mną wtedy, kiedy zaprzyjaźniony amerykański lekarz - jak się potem okazało lekoman - podawał mi takie zastrzyki, po których czułem się jak w raju. Nie miałem pojęcia, że biorę takie mieszanki, do których dostęp mają tylko lekarze. Kiedyś pomyślałem: "Jak ja wrócę do Polski? Przecież tam nikt mi nic takiego nie da”. Gdy zdałem sobie z tego sprawę, prawie przestałem egzystować. I wtedy Bóg zesłał mi Ewę - mojego anioła - która wyciągnęła mnie z nałogu, używek i z nieudanego małżeństwa.
- Dużo pan brał?
- Jeśli mówimy o narkotykach - okazjonalnie. U mnie w domu nie było alkoholików czy hazardzistów, więc raczej nie mam predyspozycji. Nie grywam w karty ani w kasynach, nie obstawiam też koni. Ale z lekomanią to była bardzo poważna sprawa. Kiedyś Ewa powiedziała dość i wyrzuciła mi to wszystko do śmieci. Powiedziała, że teraz to ona będzie moim nałogiem. Zdziwię panią, ale nie było ciężko. Okazuje się, że najlepszym placebo, środkiem, który wypełnił mi życie, była jej miłość. Zrozumiałem, że jeśli nie stanę na nogi, stracę moją Ewę.
- Ratował pan miłość.
- Wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem. Gdy poznałem Ewę, była osobą samotną i mieszkała tylko z mamą. A że była piękną kobietą, w Chicago rzucały się na nią tłumy mężczyzn i chcieli ją pożreć żywcem! Musiałem jej przyjść na ratunek, nie myślałem o żadnym romansie.
- Zna pan ból zdrady?
- Doskonale, bo przyszedł czas, że sam poczułem się jak zdradzona kobieta. Kiedyś byłem notorycznym poligamistą, podobnie jak moi wszyscy koledzy. Uwielbiałem kobiety, dziś mam swoje lata i nie mam już z tym problemu. Nadal podziwiam kobiety i kocham na nie patrzeć, ale teraz moje życie wypełnia śpiew i miłość do jednej kobiety.
- Miłość jest najlepszym lekarstwem?
- Powiem krótko: nie ma lepszego środka. Kiedyś przebywałem w gronie alkoholików - bardzo znanych ludzi - jako słuchacz. Wszyscy mówili jedno. Opieka osoby kochającej wyciąga ludzi w największego bagna. Miłość to narkotyk, który wszyscy powinni zażywać.
- Czy przez te wszystkie lata pomyślał pan kiedyś: "Dość, więcej nie będę śpiewać”?
- Nigdy! Trzeba kochać to, co się robi. Jeśli bym stwierdził, że moje płyty się nie sprzedają, a publiczność nie przychodzi na koncerty i ma mnie dość, to może by mi przyszło to do głowy. Proszę zwrócić uwagę, że mnie tak często się nie ogląda w telewizji i to wcale nie jest zła szkoła, a na moje koncerty nadal przychodzą rzesze fanów.
- Jakie to uczucie śpiewać dla trzeciego pokolenia młodzieży?
- To fascynujące. Jeśli na moim koncercie siedzą obok siebie babcia, matka i córka, i każda kupiła bilet, to z wdzięczności powinienem codziennie na kolanach do Częstochowy chodzić. Kiedyś pewna dziewczyna powiedziała mi, że odszedł od nich ojciec. Ja śpiewałem wtedy piosenkę: "Dziewczyno nie jesteś sama, masz przecież mnie”. Od tej pory zaczęła zbierać moje płyty.
Rozmawiała: Magdalena Jabłczyńska
sms
kwiaty
e-kartki



del.icio.us
Digg

Komentarze (1 dodane):
Dodaj komentarz