„Boska” Petera Quiltera
Teatr Polonia z Krystyną Jandą zawitał do chicagowskiego centrum kopernikowskiego z przedstawieniem „Boska” Petera Quiltera, w przekładzie Elżbiety Woźniak i w reżyserii Andrzeja Domalika. Akcja sztuki rozgrywa się w Nowym Jorku w roku 1944. Boska, czyli grana przez Jandę Florence Foster Jenkins była operowym Nikodemem Dyzmą lat 30. i 40.
Ludzie mogą mówić, że nie umiem śpiewać, ale nikt nigdy nie powie, że nie śpiewałam.
Florence Foster Jenkins

Wystarczająco przekonana o swoim talencie i wystarczająco bogata, by go osobiście sponsorować, Florence dawała w Stanach najbardziej niezapomniane recitale swoich czasów. W jej przypadku powiedzenie , ze „pieniądze szcześcia nie dają” nabrało innego znaczenia, ponieważ właśnie dzięki pieniądzom ze spadku jaki otrzymała po ojcu, jej szczęście nabrało pełni i mogło się dopiero zrealizować.
Mogła dzięki nim realizować swe marzenia, a mianowicie stać się gwiazdą bez talentu, ale za to z pieniędzmi, dzięki którym mogła zdobyć najlepsze recenzje najbardziej krytycznych z krytyków. Znana jaka jedna z największych ekscentryczek sceny, Florence podczas swoich wystąpień prezentowała się niezwykle barwnie, a to za sprawą tandetnie dobranych strojów, bogactwie falban i trenów, w girladach sztucznych kwiatów.
U boku Jandy -Florance wystepują kompaniator Cosme McMoon (Maciej Stuhr), aktor i życiowy partner Clair Bayfield (Wiktor Zborowski), przyjaciółka Dorothy (Krystyna Tkacz). Tak jak mało artsytczna była sama Florence Foster Jenkins i cały jej nieartystyczny, kiczowaty świat, tak i przedstawienie Jandy w pełni odzwierciedla klimat towarzyszący życiu i twórczości tej śpiewaczki. W „Boskiej" Jenkins pokazana jest w ostatnich latach swego życia - od nawiązania współpracy z kolejnym akompaniatorem aż do koncertu w Carnegie Hall poprzedzającego miesiąc jej śmierć.
Janda jak zwykle dokonała cudu wcielając się w rolę ekscentryczki, kobiety pozbawionej talentu i gustu, która dzięki swojej nietuzinkowości potrafiła mimo wszysko wzbudzić sensację i kpinę publiczności. Doskonała gra aktorka Jandy, wcielenie się misteryjne w rokę śpiewaczki i odzwierciedlenie każdej fałszywej nuty śpiewanej przez Jenkins-tak można scharakteryzować cała kreację aktorską mistrzyni polskiej sceny.
Jankins była prawdziwą postacią. Osobą pozbawioną talentu, ale zupełnie tego faktu nie przyjmująca do wiadomości, do tego uparta i na tyle bogata, by nagrywać i organizować sobie recitale. Staje się w końcu postacią kultową... Janda bawi się odtwarzaniem jej roli, cieszy się każdą sceną odgrywaną na deskach teratru, bo czasami ma sie wrażenie, że Janda i Jankins łaczy wiele.
Obie kobiety mimo przeciwności losu i czasami nieprzychylnych opinii krytyków dopieły swego. Jedna zralizowała się jako śpiewaczka tworząc wokół siebie wyimaginowany świat talentu i sztuki operowej; druga zrobiła krok w kierunku stworzenia niezależnego teatru i spełnieniu w ten sposób swego marzenia.

Zdjęcia: Jacek Boczarski
sms
kwiaty
e-kartki



del.icio.us
Digg

Komentarze (4 dodane):
Gra aktorów ok, najlepszy: Młody Stuhr, ale sama sztuka to jakaś porażka. Dla mnie ogromne rozczarowanie, że pani Janda w czymś takim gra.
Dodaj komentarz